poniedziałek, 17 grudnia 2012

Pentagon Memorial

W ubiegły weekend udaliśmy się z Piotrem w miejsce, które przypomniało nam jedne z najsmutniejszych wydarzeń naszego wieku. 11 września 2001 roku, atak terrorystyczny dotknął nie tylko WTC w Nowym Jorku - jego ofiarami padły również 184 osoby w Arlington (Waszyngton).

Porwany przez terrorystów samolot lini American Airlines dokładnie o godzinie 9:37 rozbił się o Pentagon, zabijając nie tylko wszystkich pasażerów lotu, ale również kilkuset pracowników budynku. Chcąc upamiętnić ich śmierć, władze zdecydowały się na postawienie pomnika, który będzie poświęcony ich tragicznej śmierci. Jest to pierwszy narodowy pomnik, jaki powstał dla ofiar ataków z 11.09. 2001r.

Wybór architektów


Chętnych, którzy zgłosili się do zaprojektowania tego jakże ważnego pomnika było bardzo wielu - ponad 1100 osób. Z nich wyłoniono dwójkę - Julie Beckman oraz Keith'a Kaseman'a, którzy na co dzień pracują w nowojorskim biurze architektonicznym. Decydujące głosy przy wyborze konkretnego projektu, miały ważne figury polityczne w DC, inni architekci oraz same rodziny zabitych. Naszym zdaniem pomnik ten jest o tyle wyjątkowy, iż jest on bardzo oryginalny, ale co ważniejsze - niezwykle przemyślany i zaskakujący.

Główna stylistyka Pentagon Memorial jest bardzo elegancka i prosta. Dzięki temu, że nie ma tam przerostu formy nad treścią, odwiedzając to miejsce można poczuć dreszcze na plecach.


Wygląd


Cały projekt składa się z wolnostojących, oryginalnie wygiętych ławek, których ilość odpowiada ilości zabitych w tej katastrofie osób. Pod każdą ławką jest niewielki oświetlony nocą zbiornik z wodą, a na jej boku - wyryte imię i nazwisko zmarłego. Ławki zrobione są ze stali oraz granitu i mieszczą się na żwirze.

Niezwykle istotne jest jednak ich położenie. Otóż niektóre ławki skierowane są na budynek Pentagonu, inne natomiast w przeciwną stronę. I tak, jeżeli stoimy twarzą do Pentagonu i jesteśmy w stanie przeczytać nazwisko na ławce, oznacza to, iż dana osoba zginęła wewnątrz budynku. Jeżeli, chcąc przeczytać nazwisko na ławce musimy stać plecami do budynku, wiemy już iż ofiara zginęła w samolocie (widzimy wówczas trajektorię lotu). Jest to bardzo czytelny i zrozumiały przekaz, który jednocześnie porusza. Oprócz tego, osoby, które podróżowały całymi rodzinami, są w pewien symboliczny sposób połączone już na zawsze - oprócz ich nazwiska na ławce, widnieją również nazwiska bliskich, którzy zginęli razem z Nimi. 

Kolejnym, ważnym elementem całego "pomnika", jest płot, który okala to miejsce. Otóż jego wysokość rośnie w określonych odstępach. Jest to tak zwana "ściana wieku", i wzrasta ona dokładnie o jeden cal (2,54 cm) relatywnie do wieku ofiar (ich daty urodzenia można śledzić na murku, który jest położony zaraz przy samej ścianie). Oznacza to, iż mur jest bardzo niski w pobliżu pierwszej ławki, dedykowanej 3 letniej Danie Falkenberg, i jest dużo wyższy przy końcu - tam gdzie symbolicznie znajduje się 71-letni John D. Yamnicky. Spacerując wzdłuż "ściany wieku", widzimy iż wzrasta ona - od 3 cali do 71 cali. 


Podczas lotu 77, na pokładzie znajdowało się 59 osób, z których żadna nie przeżyła zderzenia. Ofiar w Pentagonie było jeszcze więcej - aż 125.

Budowę Pentagon Memorial rozpoczęto 15 czerwca 2006 roku, a ukończono 11 września 2008 roku. Koszt budowy to około $22 mln. 


Zdjęcie Pentagonu zrobione po ataku

Przed wejściem na teren Pentagon Memorial


W tle:  odbudowany Pentagon



Nazwisko ofiary, która zginęła w budynku Pentagonu

Nazwisko ofiary, która zginęła w samolocie


Daty urodzenia ofiar (tu: data najstarszej ofiary)



Daty wzrastały co rok ( po lewo na zdjęciu: nie ma daty 1937 wypisanej na murku, oznacza to, iż w katastrofie nie zginęła żadna osoba urodzona w tym roku).

Najmłodsza ofiara katastrofy (warto zwrócić uwagę jak niska jest tu "ściana wieku")

Wysoka "Ściana wieku"











piątek, 14 grudnia 2012

Muzeum Historii Naturalnej

Jak wspominałam we wcześniejszych postach, Waszyngton jest miastem, gdzie liczba muzeów sprawia, że nie można się tu nudzić:) Większość muzeów przynależących do Instytutu Smithsonian jest darmowa, dlatego warto udać się tam w wolnej chwili. Jakiś czas temu pogoda w DC nie zachęcała do spacerów po dworze, dlatego zdecydowaliśmy się pojechać do centrum i odwiedzić Muzeum Historii Naturalnej, które mieści się w pobliżu National Mall.

Samo muzeum zostało założone ponad 125 lat temu i do dziś zgromadziło tysiące eksponatów. Wiele z nich jest naprawdę bardzo interesujących, czasem nawet szokujących - jak na przykład ogromna kałamarnica, która mierzy prawie 9 metrów - chociaż niektóre były również odrobinę tandetne,. Wykonane z plastiku nijak się miały do rzeczywistych roślin czy zwierząt jakie miały przypominać:) Tych całe szczęście było niewiele, dlatego spacer po muzeum nie był zmarnowanym czasem!

Samo muzeum jest bardzo tłoczne, przybywają tam całe wycieczki oraz rodziny z dziećmi. I choć czasem ciężko zrobić zdjęcie bez miliona głów w tle, tak naprawdę tłumy te nie przeszkadzają w odbiorze tego co muzeum ma do zaoferowania. 

Ekspozycje


Na zbiory muzeum składają się między innymi: różnego rodzaju rośliny, ptaki, ssaki oraz gady i płazy. Są tam liczne ekspozycje związane zarówno ze współczesnymi zwierzętami jak i z dinozaurami, egipskimi mumiami (wiele z nich jest oryginalnych) czy z kosmosem. Oprócz tego znajdują się tam wystawy minerałów i skał, ekspozycja związana z największym wężem znanym człowiekowi (Titanoboa), a nawet pawilon z prawdziwymi motylami! (dopłata do tej atrakcji to 7$).  

Interesującą wystawą szczególnie dla pań, jest wystawa diamentów, które są naprawdę zachwycające. Co ciekawe, to właśnie w tym muzeum znajduje się diament Hope, który do tej pory uznawany jest za jeden z największych kolorowych diamentów na świecie! Z diamentem Hope związana jest interesująca legenda, bowiem każdego z jego właścicieli spotykało w życiu ogromne nieszczęście - dlatego też inną nazwą tego cuda jest " Przeklęty diament". 

Symbol muzeum


Z całą pewnością, najbardziej rozpoznawalnym eksponatem muzeum jest słoń, który zajmuje iście królewskie miejsce w budynku - niemalże po środku, także można podziwiać go zarówno z balkonów, jak i z dołu. Sam słoń o dziwo jest eksponatem prawdziwym - został on upolowany ponad 50 lat temu przez myśliwego, który następnie podarował go władzom muzeum. Przez wiele miesięcy był on wypychany i preparowany przez pracowników muzeum, a dziś uznawany jest za największego ssaka lądowego jak jest przedstawiany w jakimkolwiek muzeum na świecie! Co ciekawe, słoń ten ma na imię Henry, chociaż nikt tak naprawdę nie wie dlaczego...


Na terenie muzeum można robić zdjęcia, przy wielu eksponatach znajdują się tabliczki z napisem "proszę dotykać", dzięki czemu zarówno mali jak i duzi odwiedzający mogą poczuć fakturę niedźwiedziej łapy, różnego rodzaju minerały czy też futra zwierząt. Oczywiście oprócz tego znajduje się tam sklep z pamiątkami, restauracja, a nawet kino, gdzie wyświetlane są  filmy przyrodnicze ( filmy te można obejrzeć za dodatkową opłatą). 




Gacek!





Maniek:)

Henry z przodu...

... i z tyłu

Giant squid (ta kałamarnica była baaaardzo nieapetyczna!)

Na koniec piękny diament Hope


czwartek, 6 grudnia 2012

Beautiful Carolina (part II)


Kolejnym miejscem, które zwiedziliśmy pod koniec udanego, przedostatniego dnia naszej podróży, było Charleston - pierwsza stała osada w obu Karolinach. W mieście tym znajduje się bardzo wiele zabytkowych dzielnic, które doskonale pokazują jak bogate było niegdyś to miejsce. Domy są tu na ogół duże, bogato zdobione, dekoracyjne. Do dziś, miasto cieszy się dużą popularnością turystów, nawet poza sezonem. Co ciekawe, Charleston jest tak niewielkie, iż możliwym jest zwiedzenie całego miasta na piechotę. My byliśmy tam po zachodzie słońca, dlatego też mamy niewielką ilość zdjęć, a wiele z nich nie jest tak dobrej jakości jaką byśmy sobie wymarzyli... Tak czy owak, uważamy, iż jest to malownicza mieścina, którą warto odwiedzić, jednak nie przeznaczajmy na nią więcej niż parę godzin:)

Będąc w Charleston, zdziwiło nas to, iż pomimo tego, że jest już poza sezonem, wszędzie było pełno ludzi! Jeszcze większym zaskoczeniem, była pewna ulica - na pierwszy rzut oka bardzo niepozorna. Stały przy niej stare, zabytkowe domy, liczne miały już świąteczne dekoracje. W zdumienie wprawiły nas jednak sklepy, jakie mieściły się na parterach tychże budynków. Wiele z nich, to jedne z najdroższych marek jakie znane są na rynku. Było to dla nas duże zdziwienie, iż w tak małej mieścinie, mieści się tak "droga" ulica. Widać jednak turystyka robi swoje:)


New Cooper River Bridge

New Cooper River Bridge - mieści się on nad rzeką Cooper, łącząc Charleston oraz Mount Pleasant. 



Restauracja tylko dla wybranych;)



Don't even!

Prawdziwy przysmak, robiony na naszych oczach - fudges!



Po spacerze oraz smacznej kolacji, nadszedł czas na znalezienie miejsca do spania. Jadąc przez autostrady co i rusz widzieliśmy niewielkie motele, rodem z amerykańskich filmów grozy, dlatego nie mogliśmy odmówić sobie noclegu w jednym z nich! Konrad, który dużo podróżował po USA, doradził nam jakich moteli szukać. Jednocześnie nastraszył mnie, że w tych najtańszych motelach, z serii "no name", można spotkać tzw. "bed bugs", czyli robaczki, które mieszkają w materacach i gryzą każdego, kto się na nich położy! Po takiej wizji, byłam przerażona nocą w naszym motelu, okazało się jednak, iż jest on "prawie luksusowy" i co najważniejsze - nie miał żadnych robaków:)





Ostatni dzień naszej podróży był równie interesujący co poprzednie. Niestety, nie mieliśmy już tak dużo czasu na zwiedzanie, bowiem czekała nas długa podróż do domu, niemniej postanowiliśmy wykorzystać go maksymalnie i odwiedzić miasto, które pragnęłam zobaczyć już od wielu lat.


Wilmington

Wilmington jest niewielką miejscowością, o której nie wiedziałabym, gdyby nie serial który kiedyś oglądałam. Gdy pojechaliśmy tam, naszym oczom ukazało się niezwykle sympatyczne i piękne miejsce! Stwierdziliśmy nawet z Piotrem, iż jest to według nas idealne miejsce do zamieszkania na stałe. Położenie Wilmington jest bardzo dobre, mieści się bowiem ono już w Karolinie Północnej, niemniej jest tak blisko Karoliny Południowej, że klimat tam jest bardzo przyjazny dla ludzi. Oprócz tego, rosną tu palmy, co jest dla nas ogromnym atutem:) Niewielkie klimatyczne uliczki śródmieścia, wspaniałe widoki na  rzekę Cape Fear, która wpływa do Atlantyku, oraz cudowne, typowo amerykańskie domki - to coś co naprawdę nas urzekło! Wilmington nie jest dużym jak na USA miastem - liczy około 100 tysięcy mieszkańców, jednak naszym zdaniem, jest to idealne miejsce do zamieszkania jeżeli ma się dosyć nieustannego zgiełku i hałasu dużej metropolii. 

Stojąc nad rzeką w centrum miasta, naszym oczom ukazuje się widok na majestatyczny, leciwy most - Cape Fear Memorial Bridge. Idąc dalej wzdłuż "river walk" widzimy dzielnicę małych sklepików i restauracji, banków, piękny teatr oraz imponujący budynek sądu. Dopiero wjeżdżając w głąb miasta zobaczyć można nieduże, urokliwe domki. 

Welcome to Wilmington!



XIX wieczna Bellamy Mansion

Kościół Baptystów zbudowany w 1808 roku

Downtown

Sklepy i restauracje przy rzece

Rzeka Cape Fear a w tle  Cape Fear Memorial Bridge

W tle: pancerny okręt-muzeum USS North Carolina Battleship Memorial - kiedyś był on najpotężniejszym okrętem wojennym w marynarce USA




Urząd Celny

Z cyklu "Świąteczne dekoracje", czyli kto znajdzie uszy renifera? :-)

Na pewno pozazdrościli nam iglicy z DC ;-)



Na koniec wspomnę o jeszcze jednym atucie Wilmington - blisko położonej, malowniczej i rozległej przez ponad 4 mile plaży Wrightsville. Czysty biały piasek, piękne duże muszelki oraz stada mew latające nad wodą - czego chcieć więcej!






Na koniec kilka ciekawostek:


  • To właśnie w Wilmington przez wiele lat swojej młodości mieszkała gwiazda NBA - Michael Jordan
  • Do dziś Wilmington uznawane jest za zagłębie filmowe. Pomimo tego, iż jest to niewielkie miasto, zbudowano  tam studia filmowe, w których nakręcono bardzo wiele filmów, seriali oraz programów telewizyjnych - wszystko dlatego, iż  wizualnie Wilmington może uchodzić za Cape Cod czy Kalifornię.
  • W jednym z domów przy Wrightsville Beach, kręcono sceny do filmu "Sypiając z wrogiem " z Julią Roberts.