poniedziałek, 28 stycznia 2013

Taking a trip to Carolina! (Filmowe przypomnienie)




Podczas kilkudniowej wycieczki do południowej i północnej Karoliny, udało się nam nakręcić krótkie filmiki, które w wolnej chwili skompilowaliśmy w ten oto kilkuminutowy filmik ;-)








wtorek, 22 stycznia 2013

Zaprzysiężenie Obamy

Wczoraj - 21 stycznia 2013 roku, oczy całej Ameryki skierowane były na Waszyngton. To tu, o godzinie 11 rozpoczęło się drugie już zaprzysiężenie Baracka Obamy na prezydenta USA. Cztery lata temu, podczas tej uroczystości - która miała miejsce w National Mall występowały największe gwiazdy muzyki i filmu. W tym roku - na naszą niekorzyść:) - prezydent Obama zdecydował się na "skromniejszą" uroczystość, dlatego też pod Kapitolem wystąpili "jedynie": James Taylor (piosenka: America the Beautiful), Kelly Clarkson (My Country, 'Tis of Thee) oraz Beyonce (która wykonała hymn narodowy).  

Dlaczego taka data?


Zgodnie z 20 poprawką do Konstytucji, od 1937 roku zaprzysiężenie każdego kolejnego prezydenta USA powinno nastąpić 20 stycznia (wcześniej odbywało się ono 4 marca). Zaprzysiężenie Obamy na 44 prezydenta USA było siódmym w historii, kiedy data 20 stycznia przypadała na niedzielę. Jak nakazuje tradycja, ceremonia ta nie może odbyć się w niedzielę, dlatego też wyjątkowo podzielono ją na dwa dni - niedzielę i poniedziałek. Pierwsza, prywatna część odbyła się w Białym Domu w niedzielę. W poniedziałek odbyła się natomiast symboliczna, jednak publiczna uroczystość.  Miała ona miejsce pod Kapitolem, gdzie prezydent złożył oficjalną przysięgę, kładąc swoją dłoń na dwóch bibliach: prezydenta Lincolna oraz Martina Luthera Kinga (wszystko dlatego, iż 21 stycznia obchodzi się w USA federalne święto na jego cześć - 50 lat temu, 21 stycznia Martin Luther King Jr wygłosił przed Lincoln Memorial słynne przemówienie "I Have a Dream"  na cześć praw człowieka).

Dotarliśmy na miejsce dosyć późno, bo około godziny 11. Ludzie czekali już od 6 rano aby zdobyć jak najlepsze miejsca (poniedziałek z okazji święta M.L Kinga był dniem wolnym, dlatego mogli sobie na to pozwolić). Nam nie zależało tak bardzo, aby dobrze wszystko zobaczyć - wiedzieliśmy z góry, iż jest to nierealne:) - najlepsze miejsca, które były darmowe były już dawno zajęte. Chcieliśmy jednak na własne oczy zobaczyć całą tę uroczystość oraz jej rozmach.

Żołnierze na każdym kroku kierowali ruchem, zamykając wiele ulic, co na koniec okazało się niewygodnym rozwiązaniem - o dziwo narzekaliśmy nie tylko my:)! Często docierały do nas głosy skarżących się Amerykanów, którzy mieli pretensje o kiepską organizację. Całą uroczystość oglądaliśmy spod pomnika Waszyngtona na wielkim telebimie. Szacując, blisko 90% ludzi zebranych pod Iglicą to Afroamerykanie, dla których mianowanie Obamy na kolejną kadencję na pewno było dużym przeżyciem - było to widać w ich przygotowaniu do tej ceremonii. Duża część ludzi miała własne flagi, wiele osób śpiewało, klaskało, a nawet grało np. na tamburynach.

Cała ceremonia na pewno byłaby bardziej wzruszająca, gdyby nie fakt, iż głośniki często przestawały działać. W wyniku tego: albo były opóźnienia względem obrazu albo w ogólnie nie można było nic zrozumieć. Po całej uroczystości wszyscy szturmem udali się w stronę metra, co okazało się katastrofą. W wyniku zamknięcia (nie wiemy z jakich powodów) wielu ulic, droga do metra zamiast zająć nam 5 minut, przeciągnęła się dobrze do ponad pół godziny. Ponadto często kierowano nas na czyjeś podwórka i trawniki - wolę nie myśleć jak wyglądały one, gdy przeszły po nich tysiące ludzi... Takie jednak były rozporządzenia władz i wojska i nic nie można było na to poradzić. Faktem jest jednak, iż dla Amerykanów owe zaprzysiężenie było bardzo ważną ceremonią i nie dziwi mnie fakt, że do DC przyjechali obywatele z całego kraju.











Fanka Obamy ;-)






A na koniec: Pani z tamburynkami i czapką "Obama":)




piątek, 11 stycznia 2013

Motoryzacja i takie, takie, te...



[PONIŻSZY WPIS ZOSTAŁ NAPISANY PRZEZ PIOTRA, tytuł też jest jego autorstwa...:) ]      



Kwestia samochodów w USA wygląda zdecydowanie inaczej, niż w PL. Nawet ktoś, kto nie fascynuje się motoryzacją, kojarzy Amerykę z dużymi samochodami z automatycznymi skrzyniami. Jest jednak więcej różnic i ciekawostek.

Ceny benzyny były już omawiane, w poście dot. cen produktów. W dużym przybliżeniu paliwo tutaj jest dwukrotnie tańsze, niż w PL. Poza kwestiami opodatkowania paliwa, jest jeszcze fakt, że mieszanka tutaj jest uboższa (Regular ma 87 oktanów). Baki oraz odległości są za to zdecydowanie większe. Nie zmienia to jednak faktu, że przyjemnie jest zobaczyć rachunek na około $60 za zatankowanie do pełna 20-galonowego (prawie 76 l) baku, zamiast ponad PLN 300 za 50-litrowy bak...
Skoro już o odległościach mowa, sam nasuwa się temat dróg. Są tu do dyspozycji gęste sieci autostrad (zwykle min. 3 pasy w jedna stronę), z których cześć jest płatna. Ku naszemu zdziwieniu, też zdarzają się tutaj bramki postawione na autostradzie, a nie na zjazdach. Jednak mając E-ZPass (urządzenie przyklejone od środka do szyby, na które ładujemy sobie pieniądze przez Internet) możemy przejeżdżać bez zatrzymywania się przez bramki specjalnymi pasami. Ciekawostką jest osobny pas prowadzący na lotnisko, który całą drogę idzie równolegle do płatnej autostrady. Jest on jednak bezpłatny i nie ma z niego żadnych pośrednich zjazdów – prowadzi bezpośrednio i tylko na lotnisko i przeznaczony jest tylko dla ludzi jadących na, lub wracających z lotniska. Przemyślane jest też oznaczenie dróg i wszelkich zjazdów. Każda droga ma swój numer (parzyste wschód-zachód, nieparzyste północ-południe) i zwykle na drogowskazie jest jeszcze wskazane, w którym kierunku prowadzi (N, S, E, W). Każdy zjazd jest oznaczony liczbą, oraz jeśli są dwa w tym samym miejscu to także literą. Numer zjazdu odpowiada odległości w milach od granicy danego stanu. Zjazdy te są dość gęsto rozmieszczone, więc nie trzeba się martwić, jeśli się przegapi ten właściwy (a na początku zdarzało nam się to bardzo często, nawet jadąc z nawigacją). Jeśli spytamy jakiegokolwiek Amerykanina o drogę, wskaże nam ją w następujący sposób: „Pojedź drogą nr 51 na wschód, następnie zjedź z niej zjazdem 70B...” – na początku trochę ciężko się w tym połapać, ale naprawdę jest w tym dużo logiki. Kolejną ciekawostką są HOV lanes (High Occupancy Vehicles lanes), czyli pasy na autostradach przeznaczone dla pojazdów przewożących odpowiednią ilość osób (zależnie od drogi: 2 lub więcej, 3 lub więcej) oraz dla motocykli. Ma to na celu mobilizowanie ludzi do dojeżdżania do pracy wspólnie jednym autem. Zwykle ruch na tych pasach jest obłożony powyższymi obostrzeniami w godzinach porannych oraz popołudniowych. Poza tymi porami można na nich jeździć samemu. Chyba się to sprawdza, bo często widzę pod biurem jak z auta wysiadają 3 lub 4 osoby.

Zagadnienie dotyczące parkowania to osobny rozdział - krawężniki są oznaczone różnymi kolorami. I tak - czerwony krawężnik - nie można się zatrzymywać, żółty - można na chwilę, itp. Znaczenie mają też kolory linii rozdzielających pasy na drodze: białe linie rozdzielają pasy biegnące w tym samym kierunku, żółte - w przeciwnym. Wracając jeszcze na chwilę do parkowania - na jezdni, która ma dwa pasy w przeciwnych kierunkach parkujemy tylko prawą krawędzią auta przy krawężniku. Parkowanie “pod prąd” kosztuje... zwykle $50. Mówiąc o drogach i jeżdżeniu nie możemy niestety pominąć kwestii policji... Jest tu bardzo dużo patroli, zwłaszcza, kiedy udamy się do DC w okolice budynków rządowych. Policjanci często siedzą w odpalonych autach i czekają na klientów. Ale nie ma takiej łapanki, jak w PL oraz rozstawiania fotoradarów w dziwnych miejscach. Po pierwsze, wykroczenia drogowe dzielą się na dwa stopnie (pewnie ma to jakąś swoją odpowiednią nazwę, ale jej nie znam). Wykroczeniem pierwszego stopnia jest np. przekroczenie prędkości. Wykroczeniem drugiego stopnia jest np. pisanie/czytanie sms-ów (rozmawiać przez komórkę w Virginii można). Policja nie może zatrzymać kierowcy, który popełnia wykroczenie drugiego stopnia. Jeśli natomiast zatrzyma go za wykroczenie pierwszego stopnia, może go ukarać za wszystkie przewinienia. Dla przykładu: ktoś jedzie za szybko i pisze smsa. Zostaje zatrzymany i ukarany zarówno za prędkość, jak i za pisanie sms. Jeśli jechałby z dozwoloną prędkością i w tym czasie pisał smsa, policja nie może go zatrzymać. Nie istnieje też tutaj coś takiego, jak „rutynowa kontrola”. Podsumowując – ktoś, kto nie popełnia poważniejszych wykroczeń nie może zostać zatrzymany (dlatego też imigranci mieszkający nielegalnie na terenie USA, wpadają zwykle dopiero przy kontrolach drogowych). W związku z tym prawie wszyscy jeżdżą zgodnie z przepisami. Ponieważ powszechne są autostrady i auta z tempomatami („cruise control” – utrzymuje stałą prędkość samochodu) jeździ się tutaj spokojniej i po prostu „równiej”. Dla mnie osobiście jazda samochodem nie jest tak frustrująca, jak była w Polsce i stałem się spokojniejszym kierowcą. Kiedy już jednak dojdzie do zatrzymania... Konsekwencje mogą być poważne. Kwoty mandatów są dość wysokie (jednak nie tak kosmiczne, jak np. w Szwecji), ale np. za przekroczenie prędkości w strefie robót drogowych mandat zostaje podwojony. Jednak to nie kwota mandatu martwi ukaranego osobnika. Wszystkie mandaty są rejestrowane w systemie DMV (Departament of Motor Vehicles – odpowiednik naszego Wydziału Komunikacji), do którego dostęp mają firmy ubezpieczeniowe. Tym samym otrzymanie nawet jednego mandatu wiąże się ze wzrostem składki ubezpieczenia. Poza tym jest coś takiego, jak „reckless driving” (brawurowa jazda), co jest już bardzo poważnym wykroczeniem drogowym i może wiązać się nawet z pójściem do więzienia (w Virginii wystarczy znaczne przekroczenie prędkości).

Sama kontrola to też ciekawy spektakl. Policjant zwykle zatrzymuje się tak, żeby zablokować nasze auto przed ewentualną ucieczką. Często od razu wzywa następny radiowóz, który pojawia się po chwili zupełnie nie wiadomo skąd. Podchodząc do auta, dotyka palcem bagażnika z tyłu auta, żeby zostawić swój odcisk palca. Jest to pewnego rodzaju dowód, w razie gdyby ktoś uciekł lub zrobił cokolwiek nierozważnego. Podchodząc do drzwi kierowcy policjant zasłania się ręka, w razie gdyby miał zostać nimi uderzony ... Jedno z pierwszych pytań, jakie się słyszy to: „czy jest w samochodzie broń?”. Podczas kontroli, którą miałem,  akurat musiałem wyjąć dokumenty z bagażnika. Gdy go otwierałem, policjant stał obok z ręką na pistolecie... Także procedury, procedury i jeszcze raz procedury. Muszą być przygotowani na wszystko, bo różne rzeczy się zdarzają. Skoro już jesteśmy przy sankcjach, miejsca dla inwalidów są wyraźnie oznaczone na wszystkich parkingach. Kary za zaparkowanie na nich zależą od tego, czy zdarzyło się to komuś po raz pierwszy  czy już kolejny. Za pierwszym razem jest to np. $250 (zależnie od miejsca), za drugim kwota jest większa i w dodatkowo ileś-tam godzin prac społecznych.

Na koniec przejdźmy do samych samochodów. Dotychczas nie odwiedziliśmy jeszcze zbyt wielu stanów, więc nasze doświadczenia są oparte głównie na regionie DMV (skrót od DC, Maryland, Virginia – nie ma to nic wspólnego, z Departament of Motor Vehicles). Ludzie jeżdżą tutaj autami zdecydowanie większymi, niż w Europie. Jest to z pewnością spowodowane większymi drogami i tańszym paliwem. U nas jednak nie widać zbyt wielu pick-upów i wielkich SUV-ów (które Amerykanie nazywają „truckami”). Sporo jeździ aut nowych – ich ceny są dużo niższe. Dla przykładu najtańszy VW Passat kosztuje tutaj w bazowej wersji $20,845 (czyli wg. kursu na dzień 10 stycznia 2013 – PLN 64,000), w Polsce jego ceny zaczynają się od PLN 85,890 (cena na dzień 10.01.2013). Nie wnikam w wersję silnikową i wyposażeniową, bo to zupełnie inna bajka. Tutaj na wspomnienie o silnikach mniejszych, niż 2.0l wiele osób pyta, czy w ogóle takie istnieją. Jeśli chodzi o wyposażenie, to w standardzie jest dużo więcej udogodnień, niż w PL. Aha, i prawie nigdy nie dopłaca się za „lakier metalik”...

Jeszcze kilka słów o pieniądzach: przyjmując, że średnie wynagrodzenie brutto w Polsce wynosi miesięcznie PLN 3,500 (co daje nam rocznie PLN 42,000), a w USA $50,000 - przeliczając to na samochody: w USA można by było pozwolić sobie na dwa naprawdę przyzwoite nowe auta (za $25,000 można kupić Mustanga, Altimę, czy jakiegoś SUV-a) lub nawet trzy tańsze (Jeep Patriot, Hyundai Elantra), podczas gdy w Polsce chyba ledwo starczyłoby na jeden z najtańszych modeli (jakieś Pikaczento). Automatyczna skrzynia to oczywiście standard. Myślę, że używa ich jakieś 99% społeczeństwa. W wielu przypadkach, gdy chce się zamówić skrzynię manualną, trzeba dopłacić. Osobiście byłem zawsze uprzedzony do automatów, ale przy takim sposobie podróżowania, jak w USA sprawdzają się one w 100%. Jest to ogromna wygoda. Pod jednym warunkiem - auto musi mieć odpowiednią moc i pojemność. Dlatego pewnie nigdy automaty nie będą tak powszechne w Europie... Przystępne są tez sposoby finansowania nowych samochodów – kredyty oraz bardzo powszechne leasingi dla osób prywatnych (można mieć fajne auto w leasingu za ok. $300 miesięcznie).

W naszej okolicy można spotkać bardzo dużo aut „cieszących oko” – głownie Fordy Mustangi (radość dla Sandry), Chevrolety Camaro (na razie mam resoraka) i Corvette oraz Dodge Challengery. Popularne są tutaj auta japońskie (przede wszystkim te robione na rynek amerykański - Acura, Infiniti, Lexus), a także Fordy (zupełnie inna gama modeli, niż u nas) oraz wszystkie amerykańskie marki. Policja jeździ tylko samochodami amerykańskimi. Każdemu autu można nadać trochę oryginalności poprzez wybór odpowiedniej tablicy rejestracyjnej (DMV w Virginii ma ponad 200 wzorów) oraz zrobić na niej swój napis. Nie jest to takie drogie, jak w Polsce i sporo osób się decyduje na tę opcję.

Na koniec zostawiłem najpotężniejszy ze wszystkich pojazdów. Wbrew oczekiwaniom nie jest to żaden monster truck, ani muscle car, ale... szkolny autobus. Ten żółty, który wszyscy znamy z filmów. Na tutejszych drogach jest to prawdziwa “święta krowa”. Kiedy zatrzymuje się, żeby dzieci mogły wsiąść lub wysiąść, na jego lewym boku otwiera się znak “stop”. Nie można wtedy obok takiego autobusu przejechać. Trzeba zatrzymać się w bezpiecznej odległości i poczekać, aż znak się zamknie. Nieważne, że droga ma cztery pasy (dwa w jedną, dwa w przeciwną) - zatrzymują się wszyscy, bez wyjątku. Jeśli ktoś się nie zatrzyma, poza stwarzaniem zagrożenia, może się doprosić niezłych kłopotów.

Aha, na koniec jeszcze rada dla wszystkich, którzy mają zamiar kiedykolwiek jeździć samochodem po USA – sygnalizatory świetlne znajdują się tutaj za skrzyżowaniem, a nie przed (jak w Polsce). Wiem, że dla wielu osób jest to na początku mylące (pozdrowienia dla Tomiego!). Moim zdaniem to wygodne rozwiązanie, stojąc na czerwonym nie musimy się wychylać, żeby zobaczyć sygnalizator.

Uff, chyba udało mi się przekazać większość informacji, którymi chciałem się podzielić (pewnie dlatego ten wpis to niezły suchar, w porównaniu z innymi).

Pozdrawiam!



Salony samochodowe:

Salon Astona Martina w McLean, VA




Parking przy salonie Chevroleta i Dodge'a



Różne fury (stare i nowe):


Lambo Gallardo...


... i Gallardo Spyder


Ferrari 599


Wszechobecna Corvette


Jeep Wrangler - zawsze marzyłem, żeby pojeździć takim po plaży...


Chevrolet Suburban - chyba największy z SUV-ów


Dziwne fury:

Można i tak...

Nie mam ZIELONEGO pojęcia, co to za fura



Tego hot-roda spotkałem, jak pojechałem zdawać prawko


DeLorean DMC-12 (Back to the future)


Służby:


Ten mały znak "stop" na boku autobusu to bardzo ważny element

Zawsze w gotowości...

Miejsce parkingowe przy samym wejściu do sklepu dla właścicieli "zielonych" aut (hybrydy i diesle)


Drogi:


Moja droga do pracy (30mil = 30min... jak nie ma korków)




Wiszące sygnalizatory świetlne za skrzyżowaniem


E-ZPass - tutejsza "winieta" na autostrady


Tablice rejestracyjne:

Sprawdziłem - to nie był IceMan...

Tablica "9/11 Fight Terrorism"

piątek, 4 stycznia 2013

All of the lights!

Chociaż już po świętach, dopiero teraz mam chwilę spokoju aby wrzucić zdjęcia z wycieczki - jedynej w swoim rodzaju! Będąc na święta w Richmond (około 1:40h od DC), nasi gospodarze - Zuza i Adam postanowili zabrać nas na świąteczną atrakcję Richmond, czyli na "Tacky Light Tour".

Wycieczka


Zanim zapakowaliśmy się do auta, Adam sprawdził w Internecie dokładne adresy najpiękniej przyozdobionych domów. Dzięki temu nie musieliśmy błądzić i wszystko przebiegało dużo sprawniej. Noc była wyjątkowo zimna, jednak to co po paru minutach ukazało się naszym oczom zmusiło nas do opuszczenia ciepłego auta!

Pierwsze dwa domy pod które podjechaliśmy z całą pewnością były oświetlone i udekorowane z największym rozmachem, jaki kiedykolwiek widzieliśmy. Były one tak kolorowe, iż cała ulica korzystała z ich blasku. Oprócz nas było tam bardzo wielu odwiedzających, którzy podobnie jak my robili zdjęcia i z niedowierzaniem kręcili głowami. 

Co ciekawe, właściciele tych dwóch ozdobionych domów nie mieli nic przeciwko, aby wszyscy, którzy oglądali ich dzieło spacerowali po całym podwórku. Mało tego - w jednym garażu było stoisko, z ciepłym kakao dla chętnych, Oczywiście cała atrakcja była za darmo, niemniej znajdowały się tam również skrzyneczki na datki. Nie dziwię się temu, bowiem wolę nie myśleć jak duże rachunki za prąd mają właściciele takich "świątecznych" domów. 

Przejażdżka limuzyną

Pod wieloma domami co chwila widzieliśmy wielkie, czarne limuzyny. Nasi gospodarze wytłumaczyli nam, iż w Richmond popularne są właśnie wycieczki na Tacky Lights Tours wynajętą limuzyną. Kierowca wozi pasażerów limuzyny po najciekawszych domach - a oni sami mogą raczyć się alkoholem (który wpierw muszą sami ze sobą przynieść:) i podziwiać piękne dekoracje. Cała zabawa trwa nawet do 3 h, niestety nie jest tania - kosztuje około $40 za jedną osobę.  

Atrakcja nie tylko dla oczu

Kilka z odwiedzonych przez nas domów, miało na podwórkach duże tabliczki z konkretną częstotliwością radia. Okazało się, iż podjeżdżając pod taki dom warto ustawić radio na podaną przez właścicieli stację, i wówczas można cieszyć się niezwykle pięknym widowiskiem, na które składa się pokaz migających wielokolorowych lampek zsynchronizowanych z muzyką płynącą z radia! Zabawa jest naprawdę rewelacyjna:)