wtorek, 12 marca 2013

Śladami Amiszów

W ubiegły weekend udało nam się wyrwać z domu i zdecydowaliśmy się odwiedzić miejscowość Lancaster w Pensylwanii. Miejsce to na pierwszy rzut oka nie różni się od innych niewielkich miasteczek w USA, jednakże jest to magnes dla turystów, których interesuje wspólnota Amiszów. My, gdy tylko dowiedzieliśmy się o tym, że Lancaster jest jednym z niewielu miejsc, gdzie mieszka tak wielu Amiszów, od razu zdecydowaliśmy się tam pojechać - tym bardziej, że podróż do Pensylwanii nie jest od nas zbyt długa, trwa około 3h.

Kim są Amisze? 


Z całą pewnością, jest to społeczność, która zaskakuje i wprawia w zdumienie wiele osób. Amisze należą do odłamu chrześcijaństwa, jednak rygorystyczne zasady, którymi kierują się w codziennym życiu z całą pewnością wyróżniają ich na tle innych grup religijnych. Ideologia Amiszów opiera się na wyparciu wszelkich nowinek technicznych, na nieużywaniu różnych przedmiotów codziennego zastosowania (np. paski, którymi kiedyś byli krzywdzeni i bici przez oprawców), na odcięciu się od państwa oraz od innych ludzi - "spoza" ich zamkniętego świata. Amisze nie żyją w zamknięciu, odgradzając się od nowoczesnego świata całkowicie, jednakże z całą pewnością wykazują silną wolą nie ulegając mu. Ci ciekawe, aby stać się pełnoprawnym Amiszem należy przyjąć odpowiedni chrzest - decyzję o tym czy chcemy zostać w wspólnocie należy podjąć między 16 a 25 rokiem życia. Gdy w tym czasie osoba zdecyduje się wieść życie wśród innych ludzi, poza wspólnotą, może utrzymywać kontakt z rodziną i przyjaciółmi. Niestety, gdy zdecyduje się na to już po chrzcie, nakazem religii jest wyklęta i nawet rodzice nie mogą z nią porozmawiać.

Codzienne życie Amiszów jest spokojne i ustabilizowane. Skupiają się oni głównie na spędzaniu czasu z rodziną, wychowywaniu dzieci, utrzymaniu swojego gospodarstwa - sami wytwarzają większość produktów, które spożywają - oraz na modlitwach. Nie tylko nie korzystają z takich urządzeń jak telewizja, komputer czy telefon. Nie posiadają również pralek, elektrycznych kuchenek, i jakichkolwiek innych elektronicznych sprzętów, które nam ułatwiają i umilają codzienne życie - w tym i samochodów! Według nich, takie urządzenia są czystym złem, które sprawia, że ludzie zapominają o sobie nawzajem, źle się traktują i nie wiedzą co jest tak naprawdę ważne w życiu. Amisze dzielą się na tych bardziej i mniej ortodoksyjnych, ci drudzy pozwalają sobie bowiem na skorzystanie z budki telefonicznej, czy też pożyczenie samochodu jeżeli jest to w danej chwili konieczne. Do codziennej pracy w polu, wykorzystują jednak siłę własnych rąk oraz zwierząt hodowlanych.

PARADOKS

Amisze wierzą, że w domach nie można mieć tradycyjnych kabli, bowiem są one łącznikiem z tym złym światem - dlatego też nie można mieć stacjonarnego telefonu. Poradzono sobie i z tym - dziś mało który Amisz nie posiada telefonu komórkowego. Przecież do niego nie potrzeba kabla. A jak je ładują? To już ciężko stwierdzić. Pewnie chodzą do sąsiada, albo członka rodziny, który nie należy już do wspólnoty, ale z którym mogą się kontaktować. 

Środki lokomocji


Do przemieszczania się Amisze najczęściej używają bryczek konnych. Często mają również specjalne hulajnogi, bowiem posiadanie rowerów w wielu bardziej ortodoksyjnych wspólnotach jest niedopuszczalne. Co ciekawe, jest to tłumaczone tym, iż na rowerze można odjechać dalej niż na hulajnodze, co jest szczególnie niewskazane dla młodzieży i dzieci, których może ciągnąć nowoczesny świat. Hulajnogi przypominają rowery, mają bowiem dwa duże koła, trzeba jednak odpychać się na nich, dlatego też dłuższa podróż na pewno jest męcząca. Widok Amisza na takiej hulajnodze jest naprawdę unikatowy!


Typowy powóz konny Amiszów - tu bez konia :)






Ta Pani powaliła nas na kolana!

Hulajnoga Amiszów




Ubiór


Jeżeli chodzi o kwestię stroju, Amisze posiadają wiele restrykcji, których muszą przestrzegać - od siedemnastego wieku ubierają się niemal tak samo! To co rzuciło się nam w oczy już od razu, to nakrycia głowy. Mieli je i starsi i małe dzieci, i kobiety i mężczyźni. Dziewczynki już od małego muszą nosić chusty (czepki), chłopcy natomiast słomkowe kapelusza. Większość z panów posiada również bujne brody, bowiem golenie się nie jest przychylnie oceniane (nie mogą to być wąsy, bowiem one kojarzone są z wojskiem, a Amisze są znani jako pacyfiści). W całym ubiorze najważniejsze jest to, aby był on skromny i nie rzucał się w oczy. Dlatego też nie można wybierać krzykliwych kolorów czy materiałów. Mężczyźni noszą ciemne spodnie (często z szelkami) i do tego białą, czarną lub granatową (niebieską) koszulę. Kobiety natomiast mają zdecydowanie gorzej... Mogą zapomnieć o noszeniu jeansów czy krótkich spódniczek i spodenek. Ich suknie - lub bluzy i długie spódnice - nie mogą odkrywać dużo ciała, mają zabudowane dekolty i na ogół mają też dłuższe rękawki. Oprócz tego powinny być w jasnych, stonowanych kolorach. Co gorsze - każda kobieta może mieć tylko kilka sukienek na całe życie... Cytując - zgodnie z Amiszowską wiarą kobieta "potrzebuje tylko cztery ubrania:  Jedno do prania, jedno do noszenia, jedno od święta i jedno na zapas". Nawet nie wiem jak to skomentować ;) 
Aha - wszyscy muszą zapomnieć o jakiejkolwiek biżuterii czy elementach dekoracyjnych, które sprawią, że ich ponure stroje nabiorą trochę życia.

Not just stuff... Amish stuff!


Nauka


Amisze są bardzo rodzinni, dbają i kochają swoje dzieci. Nie wyobrażają sobie więc, aby uczyły się one w publicznych szkołach. Maluchy uczęszczają więc do domów, gdzie zakładane są niewielkie szkoły, a zajęcia prowadzą przedstawiciele wspólnoty. Nauka w takiej szkole trwa tylko od 6 do 14 roku życia. Poza wpajaniem podstaw arytmetyki, nauk przyrodniczych czy historycznych, najważniejsze dla Amiszów są zdolności, które mogą pomóc w wykonywaniu codziennej pracy, tj. stolarka, ręczne rzemiosło, opieka nad zwierzętami (dzieci często na róże okazje dostają np. małą kozę czy owcę, aby obserwować jej rozwój i nauczyć się nią opiekować), praca na roli itp. Zbyt duża wiedza to wg. Amiszów droga do zguby.

Co ciekawe, wyroby Amiszów (takie jak piękne meble czy organiczne, uprawiane na własnej ziemi warzywa i owoce) są obecnie bardzo popularne w USA, dzięki czemu wspólnoty te zarabiają całkiem duże pieniądze.

Kwestie zdrowotne


Amisze mogą łączyć się w pary tylko w granicach swojej społeczności, co przyczynia się do rozprzestrzeniania się problemów genetycznych. Bardzo często dochodzi do małżeństw pomiędzy przedstawicielami bliższej lub dalszej rodziny i wówczas dzieci jakie narodzą się z takiego związku mogą mieć pewne wady genetyczne. Z całą pewnością Amisze są jednak rodzinami, które cenią sobie wielopokoleniowe rody - kobiety nie korzystają z antykoncepcji i nie praktykuje się tam aborcji.

Z drugiej strony, Amisze nie palą papierosów, nie piją alkoholu - o narkotykach nie trzeba nawet wspominać! Oprócz tego mają stałych partnerów seksualnych, którzy również prowadzą zdrowy tryb życia. Wszystko to, przyczynia się do tego, że statystyczny Amisz jest dużo zdrowszy od człowieka, którzy żyje w nowoczesnym świecie. 


Jak mieszkają?



Szczerze mówiąc, zanim udaliśmy się do Lancaster zdecydowanie inaczej wyobrażaliśmy sobie dom prawdziwego Amisza. Ich farmy, z zewnątrz praktycznie nie różnią się od domów ludzi z poza wspólnoty. Co ciekawe, w Lancaster nie ma jednej osady, gdzie żyją tylko Amisze. Ich domy są rozprzestrzenione na całą miejscowość, żyją oni pomiędzy ludźmi z innych wyznań.

Amisze nie mogą mieć podciągniętych do domu rur kanalizacyjnych czy też gazowych, jednak mają w domu stały dostęp do gazu i wody. Wodę pobierają z własnych studni, a gaz z butli. Podobnie jest z prądem - brak linii wysokiego napięcia zastąpiony jest specjalnymi młynami czy też wiatrakami, które owy prąd produkują. 

Dom rodziny Amiszów mogliśmy poznać po trzech kwestiach:

  1. Każdy dom był stosunkowo duży i posiadał ogród uprawny lub pole, na którym były zasadzone różnego rodzaju warzywa czy owoce.
  2. Co ciekawe, wszystkie domy miały tradycyjne garaże, były one otwarte na oścież i mogliśmy wścibsko podejrzeć, że jedynym środkiem lokomocji, który tam parkują są ich bryczki konne - oczywiście bez koni! :)
  3. Pranie, pranie i jeszcze raz pranie! Przed każdą farmą Amiszów wisiały ogromne sznury z praniem. Nie było ich przed żadnym innym domem - Amerykanie na ogół korzystają z suszarek na prąd. Te suszące się na wietrze ubrania napawały mnie jednak wewnętrznym przerażeniem, bowiem wyobrażałam sobie jak kobiety muszą ręcznie to wszystko wyprać.

Pokazowa farma którą można zwiedzić. Koszt 9$

Amisz przy pracy


Jak widać, farmy Amiszów mogą być całkiem okazałe...

Pranie I

Pranie II

Pranie III - takich zdjęć mam dużo więcej, ale nie wrzucę wszystkich, bo jeszcze zostanę posądzona o fetysz ;-)

Garaż Amiszów, a w nim powóz konny







Na sam koniec, Amisze w wersji youtube ;) bardzo na wesoło!






środa, 6 marca 2013

DEA Museum - muzeum o historii narkotyków

Przepraszam za tak długą przerwę na blogu, jednak nawał pracy związanej z uczelnią oraz brak czasu na jakiekolwiek eskapady skutecznie utrudnił mi tworzenie wpisów. Obiecuję jednak poprawę, zaczynając od najnowszego postu na temat muzeum narkotyków w DC. 



Jak wspominałam we wcześniejszych postach, Waszyngton jest kolebką muzeów, nie zdziwił nas więc fakt, iż będąc w stolicy USA można udać się do bezpłatnego muzeum, które dotyczy historii narkotyków. DEA Museum, bo o nim mowa, jest miejscem zaskakującym. Jako jedyne oficjalne muzeum, bez skrępowania pokazuje odwiedzającym najróżniejsze rodzaje fajek wodnych używanych do palenia marihuany, różnorodnych strzykawek, które są dowodami rzeczowymi zdobytymi przez agencję DEA (Drug Enforcement Agency), pistoletów, a nawet halucynogennych grzybów czy tabletek.


Po co takie Muzeum?

DEA Museum podkreśla, iż problem narkotyków w USA jest rozpowszechniony na tak dużą skalę, iż nie można go ignorować, a wręcz przeciwnie - należy uświadamiać ludziom, jak duże zagrożenie niosą  narkotyki oraz jak łatwo się od nich uzależnić. Ekspozycje w muzeum mają na celu podkreślenie, iż  popularnymi, uzależniającymi narkotykami są nie tylko marihuana, heroina, grzyby halucynogenne, crack czy opium, ale również coraz szerzej rozpowszechniane leki na receptę oraz sterydy. Oglądając wystawy w muzeum, można zaznajomić się z historią narkotyków w USA, z pierwszymi gangami, które je sprzedawały, a także z pierwszymi agencjami państwowymi, które starały się walczyć z takimi ugrupowaniami. Kolekcje muzeum są bogate, pokazują bowiem rozwój rynku narkotykowego w Stanach Zjednoczonych na przekroju kilkudziesięciu lat. 

Ekspozycje

Pomimo tego, że muzeum nie należy do dużych, liczba eksponatów sprawia, ze na pewno zainteresuje ono większość odwiedzających. Wiele z wystaw jest multimedialnych (Amerykanie kochają urozmaicać muzea nowinkami technologicznymi), można korzystać z dotykowych ekranów, czy też obejrzeć filmy na licznych monitorach. Dzięki nim, odwiedzający może dowiedzieć się, jak dokładnie wpływa na człowieka  konkretny rodzaj narkotyku. 

Mniej interesującymi dla nas - jednak atrakcyjnym wizualnie - były eksponaty, które przedstawiały ogromne szklane butle i słoiki z różnymi środkami chemicznymi, które służą do wyrobu narkotyków. Ci bardziej zainteresowani, mogli zagłębić się w chemiczne receptury i lepiej poznać te szkodliwe składniki. Szokującym eksponatem była za to książka z opisem życiorysów i zdjęciami osób, które umarły w ostatnich latach w wyniku przedawkowania narkotyków i lekarstw. Można w niej znaleźć wiele znanych nazwisk ze świata muzyki, filmu czy sportu (np. M. Jackson, J. Henrdix, J. Joplin, C. Cobain i wiele innych), ale w dużej mierze są tam opisane historie zwykłych ludzi (średnia wieku tych osób to 20-25 lat), którzy zmarli przez zażywanie narkotyków, sterydów i leków na receptę. 

Kolejnym rekwizytem, który wprawił nas w osłupienie, było naturalnych rozmiarów szpitalne łóżko, a na nim przykryty prześcieradłem manekin i dająca do myślenia, choć oszczędna w słowach tabliczka "How drugs kill". 


DEA Museum jest typowym amerykańskim muzeum, dlatego odwiedzających nie powinien dziwić obecny tu sklepik z pamiątkami. Można w nim zakupić najróżniejsze asortymenty sygnowane logiem agencji DEA - począwszy od długopisów, kubków i breloczków, na książkach, ubraniach i torbach kończąc. 



Jedynym minusem tego muzeum, jest fakt, iż jest ono czynne tylko od wtorku do piątku w godzinach 10-16, czyli wtedy, gdy większość ludzi pracuje... Jak widać, nastawione jest ono głownie na turystów oraz młodzież, która przyjeżdża tu na wycieczki organizowane przez szkoły.



Napis przy wejściu do muzeum

Widok jednej z ekspozycji


A/B - Fajki do palenia opium, C - pudełeczko do opium, D - kolejne pudełka do przechowywania narkotyków, E - papier wykorzystywany do przygotowywania narkotyków, F - taca na której znajduje się m. in.: strzykawka, łyżka do podpalania narkotyku, opium rozpuszczone na kawałkach ubrań

Grzyby halucynogenne

Broń wykorzystywana przez Kolumbijczyków, podczas szmuglowania narkotyków. G - Mach 11,
        F - Glock 17,  H - Beretta 9

Diamentowy pistolet jednego z przemytników

Gablota poświęcona marihuanie
Dowody rzeczowe zebrane przez pracowników DEA - wysuszona marihuana




Domowe fajki do palenia marihuany

Łódź, która służyła do szmuglowania narkotyków. W prawym górnym rogu - okładka The New York Times Magazine (1977r.) z Nicky Barnes'em, którego życiorys był pierwowzorem dla postaci granej przez Denzela Washingtona w filmie American Gangster

Frank Sinatra, który grał w filmie The Man with the Golden Arm (Złotoręki) uzależnionego od heroiny

Prasa do samodzielnego wyrobu tabletek

Ulotki informujące o konsekwencjach brania narkotyków, kierowane głównie do młodzieży
(Tips for teens)